Dołącz do naszego forum
Czas pokazał, że obawy te nie były tak do końca nieuzasadnione. Debiut – Jimmy Choo EDP – został ciepło przyjęty, jednakże nie zabrakło w komentarzach i krytykach odniesień do Flowerbomb wylansowanych przez Viktor & Rolf. Fakt faktem, obie propozycje zbliżone były do siebie nie tylko pod względem kompozycyjnym, ale również estetycznym – nawet flakony miały ze sobą całkiem sporo wspólnego. Tak czy inaczej debiut zaliczyć można było na plus. Szybciej jednak niż szybko dyrektorzy skądinąd słynnego domu Jimmy Choo zwrócili się na standardowo komercyjną drogę. Jeszcze tego samego roku zaprezentowali oni Jimmy Choo Limited Edition - „edycję specjalną” najsłynniejszego i – rzecz jasna – jedynego zapachu w swojej kolekcji.
Woda toaletowa Choo
Już limitowaną edycję oferowaną tak szybko można było uznać za swoiste ostrzeżenie. Sceptycy zresztą nie byli w błędzie – już na luty 2012 zapowiedziano kolejną odmianę... Jimmy Choo Eau de Toilette. Istna rewolucja, nieprawdaż? Najzabawniejsze jednak, że w kilku krajach EDT oferowana jest już od dłuższego czasu. I bynajmniej nie zdobywa zbyt pozytywnych recenzji (w odróżnieniu od nadal chwalonej EDP).
Gruszka, imbir, i...
Nie pomógł najwyraźniej Olivier Polge, autor kwiatowo-owocowej (bo jakżeby inaczej) kompozycji. Tę najlepiej charakteryzuje określenie „różowa”. Co przez to rozumieć? Naiwnie beztroskie nuty, głębię przeciętnej brytyjskiej nastolatki i powielane standardy, choć nie od samego początku zauważalne. Pierwszą linię kreuje połączenie nut gruszki i imbiru. Na tym jednak radość się kończy.
Dalej jest już zupełnie zwyczajnie – róża i orchidea w sercu, a w podstawie cedr i inne akordy drzewne. Do tego pękaty różowy flakonik z czarnym korkiem. „Ale to już było...”. A co gorsza, wróci pewnie jeszcze nie raz.



