Dołącz do naszego forum
Shalimar to w świecie perfum istna legenda – zapach, z którego aurą równać (a i to niekonieczne) może się tylko No. 5 od Chanel. Pierwotna i tak ceniona kompozycja powstała w 1925 roku i te niemal dziewięćdziesiąt już lat przetrwała jako autentyczne mistrzostwo. Chyba nikomu poza Chanel nie udało się choćby zbliżyć do splendoru Shalimar. Szkoda więc, że dom mody Guerlain dokłada wszelkich starań, aby aurę tę roztrwonić, bo w jaki inny sposób określić kolejne edycje perfum, których zmieniać nie wolno? Zapewne przystosowaniem do współczesności. Rzecz jednak w tym, że to właśnie ta niewspółczesność jest siłą Shalimar.
Fourreau du Soir od Guerlain
Z tym większą obawą patrzeć można na niedawny debiut rynkowy – kolejną z rzędu wersję, Fourreau du Soir z Shalimar w nazwie. Kompozycja rozpoczyna się połączeniem cytryny i bergamotki – rzeczywiście świeżym, ale niebudzącym dzisiaj przesadnych emocji. Niewiele wnosi serce – róża i jaśmin, również dzisiaj dość standardowe. Co innego podstawa – ta rzeczywiście wyróżnia się na tle wielu współczesnych zapachów. W Shalimar Fourreau du Soir oparto ją na połączeniu nut wanilii, bobu Tonka, kadzidła i irysa.
Shalimar XXI wieku
Efekt jest intrygujący, ale nie powala. Bardzo daleko mu do magii pierwowzoru. Nie sposób natomiast zarzucić czegokolwiek flakonowi – ten w dalszym ciągu jest wprost niesamowity. Szkoda tylko, że jego zawartość już nie do końca. Ale być może taka jest kolej rzeczy? Czyżby wszystko, co nowsze, rzeczywiście miało być lepsze? W kwestii perfum nie zawsze się to sprawdza. Problem w tym, że na każdym rynku liczą się nie walory artystyczne, a wyniki sprzedaży. I być może Fourreau du Soir ma szansę tchnąć nowego ducha zysku w nie tyle zapomniany, co poniekąd nieco już przebrzmiały Shalimar.



